Arthur Schopenhauer nie wierzył w Historię. Umarł więc w przekonaniu, że odkrycie, jakie przyniósł światu, z jednej strony istniejącemu jako wola (przemożna chęć, popęd), z drugiej postrzeganemu jako przedstawienie (samo w sobie neutralne, niewinne, czysto obiektywne i jako takie mogące stanowić estetyczną rekonstrukcję), przetrwa kolejne pokolenia. Dzisiaj stwierdzamy, że częściowo nie miał racji. Wprowadzone przez niego pojęcia można jeszcze rozpoznać w wątku naszego życia; przeszły one jednak takie metamorfozy, że należy się zastanawiać nad prawomocnością tego, co z nich pozostało.
Słowo „wola” zdaje się odwoływać do długotrwałego napięcia, do ciągłego — świadomego lub nieświadomego, ale zawsze spójnego — dążenia do określonego celu. Bez wątpienia ptaki nadal budują gniazda, a jelenie nadal walczą o samice; w sensie schopenhauerowskim można powiedzieć, że walczy wciąż ten sam jeleń i ta sama larwa ryje w ziemi od chwili ich pierwszego pojawienia się na naszej planecie. U ludzi wygląda to zupełnie inaczej. Logika supermarketu nieuchronnie prowadzi do rozproszenia chęci; człowiek supermarketowy organicznie nie może być człowiekiem jednej woli, jednej chęci. Stąd pewien upadek woli u współczesnego człowieka: nie dlatego, że jednostki pragną mniej, ale wręcz przeciwnie, pragną o wiele więcej; ich chęci stały się jednak krzykliwe, jazgotliwe; nie będąc czystą ułudą, w dużym stopniu stały się produktem zewnętrznych definicji, które możemy nazwać r e k l a m o w y m i w szerokim tego słowa znaczeniu. Nie ma w nich niczego, co nawiązywałoby do owej organicznej, totalnej siły, z uporem nakierowanej na swoje spełnienie, którą sugeruje słowo „wola”. Stąd pewien brak osobowości, jaki można zaobserwować u wszystkich ludzi.
Zgadzam się z tym całkowicie. Współczesny człowiek to kłębowisko (rojowisko?) potrzeb, pragnień i popędów, które są w dużej mierze fikcyjne, wykreowane i - jak napisałeś - są "produktem zewnętrznych definicji", które masa narzuca jednostce, a spod których jarzma jednostka nie może się już uwolnić, nie zatracając tym samym samo-rozumienia siebie w tej jednej najwyższej (zewnętrznej) definicji, która stanowi o szkielecie jej tożsamości, jako jednostki przynależącej do (ustanawiającej wszystkie definicje) masy. Koło się więc zamyka, a jedynym sposobem uwolnienia się od szeregów pomniejszych "zewnętrznych definicji" jest zerwanie z tą najwyższą definicją, która tworzy szkielet typowej współczesnej jednostki. Przekreślając tę definicję, negując ją albo przynajmniej podając ją w wątpliwość i poszukując materii do stworzenia własnego, indywidualnego szkieletu, można wykreować w sobie mechanizmy obronne, które przestrzegą jednostkę przed samo-określaniem siebie w kontekście tych zewnętrznych definicji. Nie będą miały one tak silnego i samoistnego wpływu na jednostkę, która wpierw odrzuciła tę definicję najwyższą, która wtłaczała ją w szeregi masy, jednocześnie czyniąc ją prawie że bezbronną na działanie innych definicji. Jeśli przyjmiemy, że dotyczy to wszystkich ludzi bez wyjątków i że wszyscy jesteśmy zdefiniowani w kontekście tej Najwyższej-definicji, to pierwsze co możemy zrobić, to prześwietlić swój własny szkielet, swoje własne podstawowe ramy funkcjonowania i sprawdzić co spośród nich stworzone zostało tak, by dopasować się do obowiązującej definicji, a co w momencie dokładnego przyglądania się temu przestaje wydawać nam się dobre/autentyczne/właściwe. W wyniku takiej samorefleksji dalsza weryfikacja innych zewnętrznych definicji nastąpi całkiem naturalnie, a ich siła i magia z czasem zacznie nie tylko maleć, ale przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie w procesie samospełniania się jednostki.
OdpowiedzUsuńNiewątpliwie, masz rację.
Usuń